"Ale wykrakałem" - pomyślałem. Przez chwilę poczułem dziwny skurcz w żołądku. Na własnej skórze poczułem ironię losu. Bez względu na to, co działo się w mojej głowie/sercu na zewnątrz zachowałem jak gdyby nigdy nic. I teoretycznie wszystko było w porządku. Tylko, że coś się zmieniło. Kiedy przeszła obok naszej loży, ze swoimi znajomymi nastrój imprezowy prysnął niczym bańka mydlana. "Co jest ze mną nie tak?” -  pomyślałem – „Co w niej takiego jest, że nie mogę przestać o niej myśleć?” Towarzystwo w loży zaczęło mnie drażnić, muzyka denerwować, wszystko traciło kolor i sens. Piękna Brunetka poszła na salę karaoke, a może robiła obchód klubu nie wiedziałem, wiedziałem tylko, że muszę wyjść z loży chociaż na chwilę, bo wybuchnę. "Napijesz się wódki?" spytałem C. - nie trzeba było go namawiać zbyt długo "Z tobą zawsze" - padła szybka odpowiedź. Gdy poszliśmy do baru na salę karaoke, ONA tańczyła, a mnie zrobiło się dziwnie smutno. Nie wiem dlaczego wywoływała u mnie takie uczucia przecież była zupełnie obcą osobą, może to ze mną było coś nie tak? Nie wiem. Z apatii wyrwało mnie pytanie C:. "Co ci jest?"  "Nic" odpowiedziałem - chciałem się tylko napić wódki. - Co ty mi tu pierdolisz ? - odpowiedział C. - znam cie tyle, że wiem kiedy łapiesz zawias. - "Widzisz tę dziewczynę? " wskazałem delikatnie na NIĄ - "Oddałbym wszystkie panny jakie poznałem za NIĄ" Taki już mielismy układ w pokoju: jak jeden się zakochiwał drugi słyżył towarzystwem. Barman podał wódkę wypiliśmy i każdy poszedł w swoją stronę. Stanąłem obok loży bezmyślnie gapiłem się na moje towarzystwo, które bawiło się w najlepsze. Wtedy zrozumiałem, że nigdy nie będę spokojny, dopóki JEJ nie poznam. Bez względu na to czy mnie spławi, czy okaże się ciepłą sympatyczną dziewczyną MUSZĘ JĄ poznać. Doszedłem do wniosku, że i tak nic nie tracę, więc musze podejść teraz w klubie. "Przynajmniej będę miał jasność sytuacji i skończy się ta farsa" pomyślałem. Gdy wróciłem na karaoke, JEJ juz nie było. Zrobiłem rundkę po klubie i nigdzie jej nie znalazłem, kiedy wróciłem do loży rozpoczęły się pytania gdzie zniknąłem. Odpowiadałem mechanicznie patrząc w stronę wyjścia. Przeszło mi przez myśl, że wyszła na zwnątrz. "Tym lepiej" - pomyślałem - Porozmawiamy spokojnie. Wyszedłem na zewnątrz. nigdzie jej nie było. Pobiegłem w stronę akademików. Po kilkunastu metrach zobaczyłem ją. Siedziała na betonowych schodkach z jakimś facetem. Poczułem jakbym coś stracił - to było dziwne uczucie - rozumiałem co czuję, ale nie rozumiałem dlaczego. Wbrew sobie wróciłem do klubu i z przyklejonym uśmiechem bawiłem się do rana, ironia tego zjawiska polegała na tym, że dla całego otoczenia byłem mega szczęśliwym facetem. Po zabawie w klubie poszliśmy do mnie do pokoju na piwko. Wszyscy zasnęli gdy zaczynało świtać.

Cały następny dzień i kilka następnych chodziłem jak struty i nie była to wina alkoholu, a raczej tego co było w klubie. Myślenie o NIEJ zaczynało doprowadzać mnie do szału. Dodatkowo denerwowało mnie to, że ze świrowałem na punkcie całkiem obcej osoby. Wiedziałem, że jedyny sposób, aby to jakoś ogarnąć to po prostu JĄ poznać. Zrobiłem mocne postanowienie, że przy pierwszej okazji, kiedy JĄ zobaczę podejdę i z NIĄ porozmawiam.

W niedzielę udalem się do kościoła. Może tu znajdę odpowiedź - pomyślałem. Co ciekawe, Pan Bóg o mnie pamiętał. Gdy doszło do ogłoszeń parafialnych, ksiądz ogłosił, że od poniedziałku zaczyna się kurs tańca bezpłatny, wszystkich chętnych zapraszają. Olśniło mnie. Już wiedziałem w jaki sposób rozpocząć i rozwinąć znajomość z D.K. Sposób wydawał się idealny - zwykła rozmowa do niczego by nie doprowadziła, a tak, od razu będę wiedział - jeśli się zgodzi no to z dalszą znajomością nie powinno być problemu, jeśli odmówi to też dobrze - jasna sprawa i trzeba będzie ruszyć do przodu.

Całą niedzielę i poniedziałek przesiedziałem w oknie niczym stara dewota. Kurs rozpoczynał się o 17 w poniedziałek, o 13 zacząłem tracić nadzieję "Musi sie pojawić" wyszeptałem przez zaciśnięte zęby. Nie wiem, czy to szczęśliwe zrządzenie losu, czy siłą woli nagiąłem rzeczywistość do własnych celów, ale... proszę państwa do akademika zaczęła się zbliżać Śliczna Brunetka w niebieskich dżinsach i pomarańczowej bluzeczce. Tak się zagapiłem, że zanim się zorientowałem już wchodziła do akademika, szybko ruszyłem do drzwi, przekręciłem klucz i ruszyłem na schody. Ku mojemu zdziwieniu nigdzie JEJ nie było. Lekko poirytowany wróciłem do pokoju "może ja oszalałem i mam zwidy?" - zacząłem sie zastanawiać. Jednak nie, nie oszalałem - po kilku chwilach z akademika wyszła ONA, koleżanka i kocyk (w rękach koleżanki), wiedziałem już, że idą na kocyk czyli sytuacja klarowała się hmm neutralnie. Gdy dotarłem na kocyki zrobiłem szybki rekonesans. JEST  siedziała na kocyku ze znajomymi i grała w karty 3,2,1 GO podszedłem poprosiłem JĄ na bok, spytałem czy nie pójdzie na tańce, a ONA po krótkim wahaniu zgodziła się. Kiedy patrzyłme na jej śliczną buzię, na jej figurę, na jej kruczo czarne włosy, moje myśli ułozyłe się wjeden napis: ALE ONA JEST PIĘKNA. Z radości, że wszystko układa się po mojej myśli wracając do pokoju wycałowałem cały mój harem puściłem marsz Menedelsona na cały regulator i zacząłem podskakiwać. Kiedy haj zaczął mnie puszczać było przed 17 i trzeba było iść na tańce. Spotkaliśmy się przed akademikiem i razem ruszyliśmy w stronę kościała. Rozmowa przebiegała bez większego zaangażowania ani z mojej, ani z jej strony. Na miejsce dotarliśmy kilka minut przed czasem, więc siłą rzeczy, dalej rozmawialiśmy. Nie wiem jaki temat poruszyliśmy, ale usłyszałem: „No jeszcze rok mi został” „Jeszcze rok” to stwierdzenie utkwiło mi w pamięci „Mam jeszcze przyszły rok” – pomyślałem z dziwnym przekonaniem, że ten przyszły rok jeszcze przyda mi się w tej znajomości.